25 stycznia 2011

O różnych inteligencjach


W czasach plemiennych, istoty ludzkie polegały wyłącznie na swojej inteligencji fizycznej (PQ). Skupiały się na wyborze pomiędzy walką a ucieczką. Sukcesem było przetrwanie.
W czasach rewolucji przemysłowej potencjałem była ludzka inteligencja. Mierzono ją i jej poziom określono jako iloraz inteligencji (IQ). W epoce industrialnej regułą było: pójść do szkoły, dobrze się w niej uczyć, znaleźć pewną, stałą pracę, najlepiej z pakietem dodatkowych świadczeń i dożyć emerytury. Mądre dzieci zostawały lekarzami i prawnikami. Odnosiły sukcesy i zarabiały mnóstwo pieniędzy. W epoce informacyjnej reguły uległy zmianie. Sukces, sława i pieniądze to domena sportowców, aktorów i muzyków.
Już nie mamy epoki industrialnej, zastąpiła ją epoka informacyjna. Wymaga ona od nas nowych umiejętności, inteligencji emocjonalnej (EQ). Do osiągnięcia sukcesu potrzeba dodatkowo, osobistych  kompetencji, polegających na rozpoznawania i używania emocji własnych oraz innych osób.
Zbliżamy się do nowej epoki, w której koniecznością będzie otwarcie się na nowe wartości, naszej inteligencji duchowej SQ. Dotyczą odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiej egzystencji. Sens życia, w kontekście duchowym, ale nie religijnym. Inteligencja duchowa reprezentuje się w sferze relacji człowieka ze światem, gdy uznajemy, że istnieje coś większego, niż my wszyscy razem wzięci.
SQ  >  EQ  >  IQ  >  PQ
SQ – inteligencja duchowa
EQ – inteligencja emocjonalna
IQ – inteligencja intelektualna
PQ – inteligencja fizyczna
Standard, Sadhu i Painter w artykule „Ocena duchowości w poradnictwie” piszą:
„duchowość zawiera koncepcje takie, jak transcendencja, samoaktualizacja, znaczenie i sens, całość, równowaga, świętość, uniwersalność i poczucie istnienia siły wyższej. Chociaż w religijności także występują wszystkie te konstrukty, zazwyczaj przyjmuje się, że zawiera ona również przynależność do zinstytucjonalizowanej organizacji, podczas gdy duchowość jest opisywana jako doświadczenie szersze, bardziej subiektywne, lecz zarazem bardziej uniwersalne.”
EQ (według definicji Golemana)  koncentruje się na: świadomości siebie, samoorganizacji, świadomości społecznej i zarządzaniu związkami.
SQ (według Jasbindar Singh) odpowiada za:
- znaczenie i cel – pozwala zrozumieć co tak naprawdę daje Ci satysfakcję, poczucie spełnienia i wrażenie, że „to jest to, co chcę robić”,
- wizje i wartości – pozwala rozwinąć w sobie wizję, jak powinno wyglądać nasze życie, podkreśla rolę zaangażowania, służby, jedności, nieegoistycznego działania i dążenia do zmian,
- poczucie więzi na zewnątrz i wewnątrz – chodzi o harmonijne, twórcze i pełne szacunku wyrażanie siebie w szerszym świecie, swoich darów i osobistych talentów, a także świadomość istnienia innych i poczucie, że w świecie liczy się coś więcej niż tylko twoja osoba. Trzeba zrozumieć, że choć działania mogą się wydawać niezależne, to zawsze mają wpływ na otoczenie, a otoczenie na działania,
- praktyki – rytuały, obrzędy i codzienne działania mając na celu dotarcie do duchowego wymiaru życia i pielęgnowanie tej więzi.
Wszelkie prace, jakie robimy dla siebie w celu utrzymanie dobrego nastroju, poczucia siły i bycia na czasie, rozwijają naszą inteligencję duchową. Emocje, takie jak lęk i frustracja, czy poczucie beznadziejności odbierają spokój i poczucie sensu życia. Możemy i musimy się im przeciwstawiać. Do dyspozycji są narzędzia, które prezentowałam w poprzednich postach: praca z cieniem, Arkusz Radykalnego Wybaczania, 13 kroków i 3 listy. Wszystkie narzędzia są skuteczne, ale trzeba je systematycznie stosować.


22 stycznia 2011

Parę słów na temat rytuałów przejścia oraz jak to się ma do naszej codzienności.


Rytuały przejścia to obrzędy ludów pierwotnych. Ich charakterystyczną cechą jest zaznaczenie zmiany właściwości poddanego im człowieka. Mają funkcję wyraźnego podkreślenia przełomowych okresów w życiu jednostki. Celem rytuałów plemiennych było wprowadzenie do świadomości  adepta faktu, że właśnie przechodzi z jednej fazy życia do kolejnej. Rozstaje się z tym okresem, w którym dotychczas funkcjonował i wchodzi do następnego. Obrzęd przejścia składa się zawsze z 3 faz, ale ich długości  trwania są różne. Jedne mogą być prawie niezauważalne, inne ciągną się latami.
1-sza faza - faza wyłączenia – odebranie statusu
2-ga faza - marginalna – okres przejściowy
3-cia faza - włączenia – nadanie nowego statusu.
Plemienne rytuały przejścia zazwyczaj były bolesne, tak aby osoby im poddane miały możliwość na poziomie emocjonalnym przyjąć swój nowy status. W plemionach pierwotnych  było to np.: rytualne nacinanie ciała, obrzezanie, głodówki i odosobnienia, wybijanie zębów, izolowanie kobiet na czas  pierwszej menstruacji.
Starszym kobietom golono głowy, jako symbol przejścia do reprezentowania starszyzny.
Sensem bolesnych przeżyć miało być uzmysłowienie, że rola w której się dotąd było, właśnie się zmienia i przychodzi nowa. Duży koszt przejścia, mocniej wiąże z nową rolą, utrwala ją w świadomości i podświadomości.
Największym problemem współczesnego, dorosłego człowieka jest ciągnąca się latami faza przejściowa, w której nie wiemy, jaki reprezentujemy status. Musimy to ustalić, każdy na własny użytek. Brak stosowanych w naszej kulturze jasnych rytuałów przejścia, nie daje konkretnej informacji, kim aktualnie jesteśmy.
Najczęściej jednak, gdy jesteśmy w fazie przejściowej, nawet o tym nie wiemy. Świadectwem przedłużającej się fazy przejściowej są trudności.  Borykanie się z nimi zatrzymuje proces przejścia, a nawet go na długi czas uniemożliwia. Nagromadzone emocje oraz opór wewnętrzny wywołują poczucie ambiwalencji. Zaczynamy zadawać sobie pytanie, czy ja „naprawdę” chcę zmiany, a może mi się tylko wydaje?
Zazwyczaj utknięcie w pewnej fazie, przejawia się to jako frustracja związana z poczuciem, braku dobrego rozwiązania (przejścia). Może to dotyczyć wykonywanej pracy, relacji w małżeństwie (związku), w grupie społecznej. Coś pcha do zmiany statusu.  Posiadany status już nie zadowala, ale jednocześnie dając korzyści, nie pozwala go opuścić .
Europejska cywilizacja zakłada, że życie ma być bezbolesne i przyjemne. To Z. Freud zasugerował, że człowiek ma być szczęśliwy w życiu i wszyscy chętnie się na to zgodziliśmy. Przed nim nie było takiej koncepcji. Teraz, jeśli pojawia się ból, to bierzemy leki.  Gdy nie jest przyjemnie z innymi ludźmi, to mamy swoje sposoby wpływania na nich.  Możemy wskazać osobę lub osoby, które określimy jako winne i wpływać na nie, aby się zmieniły. Możemy sami odejść, lub grozić odejściem gdzieś, gdzie wydaje się nam, że będzie przyjemniej, (zazwyczaj jest tak na początku nowych znajomości).
Takie podejście sprawia, że bardziej patrzymy na innych z zamysłem kontrolowania, aniżeli na siebie. Zazwyczaj nie mamy świadomości, że to my sami znajdujemy się w fazie przejściowej. Tak jakbyśmy wyrośli z płaszcza, ale mamy pretensje do krawca.  
Dorosłe dzieci nadal oczekują wsparcia od rodziców. Strach przed odwróceniem się bliskich, skutecznie blokuje ujawnianie potrzeb. Jeśli nie mamy na oku innego stanowiska, to nie zwalniamy się z pracy, choćbyśmy się w niej czuli koszmarnie. Jednocześnie media nagłaśniają postawy sukcesu, nagradzają managerów, przedsiębiorców, gwiazdy estrady. Nie ma ani słowa o tym, jak wyglądało ich przejście ze statusu zwykłego człowieka do statusu człowieka sukcesu.
Moja znajoma poskarżyła się, że jej matka zaczęła ją szantażować. Oświadczyła, że majątek przejdzie na córkę, tylko jeśli ta całkowicie podporządkuje się jej woli.  Okres przejściowy w przypadku mojej koleżanki może potrwać kilkadziesiąt lat, chyba że zdecyduje się na status niezależności  za życia matki i zaryzykuje pożegnanie ze spadkiem.
Młoda dziewczyna miała inny problem. Miała dylemat, który polegał na wchodzeniu w związki partnerskie, pomimo całkowitego braku zaufania do ludzi, a tym bardziej do mężczyzn. Poszukiwała mężczyzny, który jej nigdy nie zawiedzie i jednocześnie będzie w stanie spełnić jej wszystkie oczekiwania. Faza przechodzenia ze stanu wolnego w zamężny nie miała końca i prawdopodobnie będzie trwała tak długo, aż ona zrozumie, że najpierw musi zaufać.
Teraz rytuały plemienne odtwarzane są głownie w formie zabawy. Starsze roczniki  robią dla młodszych „kocenie”.  Na specjalnym spotkaniu starsi  dają młodszym trudne, często upokarzające zadania, po przejściu których młodzi zostają przyjęci do danej społeczności.
Warto zaczerpnąć z mądrości ludzi, którzy żyli w naturalnych warunkach i natura im podpowiadała, jak sobie z nią radzić.
Warto zastanowić się, ile razy w życiu już nie jestem „tym”, a jeszcze nie „tamtym”. Co mnie trzyma i nie pozwala objąć nowego.
Nasze progi i ograniczenia są naturalne. Współczesne rytuały przejścia  mają na celu zidentyfikowanie wewnętrznych oporów, zmobilizowania do walki z nimi i do rozwoju.
Możemy sobie organizować własne obrzędy przejścia w domowym zaciszu. Posiedzieć chwilę w swojej rzeczywistości, przybliżyć się do niej poprzez wyrażenie jej za pomocą symboli. Potem przejść do upragnionej. Przenieść na papier czy płótno obraz tego, w co pragniemy wejść. Jeśli narysujesz to, czego pragniesz, usiądź na tym rysunku i poczuj energię swojego marzenia. 
Gdy poczujesz opór, to właśnie uzyskujesz wgląd w te część Ciebie, która zmianie się przeciwstawia. Warto z nią porozmawiać.

19 stycznia 2011

Czy można samemu pracować nad swoim skryptem życiowym?

Eric Berne na podstawie wieloletniego doświadczenia klinicznego stwierdził, że każdy z nas ma w umyśle dość szczegółowy „przepis” na własne życie. Ten tzw. skrypt życiowy określa, kim jestem, do czego dążę i jak to osiągnę. Skąd się bierze ten skrypt życiowy? Berne twierdził, że powstaje on jako podsumowanie i uogólnienie dziecięcych doświadczeń: przeżywanych uczuć, otrzymywanych zakazów i wymagań oraz obserwacji, jak można radzić sobie z problemami.
Najistotniejsza treść skryptu pochodzi od rodziców. To przede wszystkim z nimi wiążą się odczucia dziecka, oni są autorami obowiązujących je zakazów i nakazów, oni pokazują mu, jak radzić sobie z kłopotami. U osób, które miały negatywne doświadczenia w dzieciństwie, powstanie skrypt destruktywny, nazywany też przegrywającym. Berne podaje przykłady skryptów przegrywających, jakie odnajdywał u swoich pacjentów: „Nie dorastaj”, „Bądź doskonały”, „Pracuj ciężko.” Każdy z nich zawiera pułapkę ograniczającą spontaniczność, osobisty rozwój, niezależność. Nie znamy własnego skryptu. Powstaje on bowiem w wyniku syntezy niezliczonych różnorodnych doświadczeń życiowych, która zachodziła samorzutnie w naszym umyśle w pierwszych latach życia. Skrypt tworzy ogólne ramy odbioru i rozumienia wszystkiego, co dzieje się w naszym życiu, i dlatego nie dysponujemy żadną perspektywą, z której moglibyśmy go odczytać i ocenić. Ktoś, kto ma destrukcyjny skrypt, żyje więc w sposób przynoszący mu szkody i cierpienie – i nie wie, że sam tworzy swoje niepowodzenia. Ronald Laing twierdził, że nasz los wyznaczony jest przez scenariusz naszej rodziny. Każda rodzina, aby zachować odrębność i spoistość, realizuje własny scenariusz, w którym życie jej poszczególnych członków rozpisane jest na role. Żeby mogła trwać, wszystkie role – tak jak w przedstawieniu teatralnym – muszą być obsadzone i solidarnie odgrywane. Laing twierdzi, że kiedy dziecko przychodzi na świat, członkowie rodziny nie chcą dowiedzieć się, jakie ono jest – od początku widzą w nim raczej kogoś odpowiadającego jednej z ról do obsadzenia w rodzinie. Poszukiwanie odpowiedniego imienia dla dziecka, zanim się narodzi i cokolwiek będzie wiadomo o jego indywidualności, przypisywanie mu określonych cech od pierwszych chwil życia („Jest taki bystry”), na długo przed rzeczywistym ukształtowaniem się u niego jakichś cech – to zdaniem Lainga pierwsze przejawy obsadzania roli. Potem następuje konsekwentne formowanie psychiki dziecka, aby stawało się coraz bardziej podobne do postaci, jaką ma grać przez resztę życia. Niektórym członkom rodziny przypadają role niekorzystne. Jeżeli na przykład zgodnie ze scenariuszem ktoś w rodzinie ma grać osobę wspaniałomyślną, wspierającą innych w kłopotach i wybaczającą błędy, to ktoś inny musi grać nieudacznika, popadającego w kłopoty i popełniającego błędy. Ponieważ nadrzędnym celem rodziny – wobec którego dobro poszczególnych jej członków schodzi na drugi plan – jest sprawne odgrywanie scenariusza, dąży ona bezlitośnie do obsadzenia nawet najbardziej niekorzystnych ról. Zdaniem Lainga nie wiemy, że odgrywamy rolę z rodzinnego scenariusza, bo nie wiemy o jego istnieniu. Scenariusz rodzinny trudny jest do uchwycenia i zrozumienia. Powstał  on stopniowo, w wyniku wielopokoleniowych procesów łączenia się i mieszania różnych zasad i wartości. Nikt konkretny nie jest jego autorem ani bezpośrednim egzekutorem jego wykonania. W wielu rodzinach – zwłaszcza takich, w których do obsadzenia są destruktywne role – obowiązuje dodatkowo zakaz rozpoznania i ujawnienia scenariusza. Zdemaskowanie rzeczywistych źródeł niepowodzeń i problemów osób odgrywających niekorzystne role mogłoby bowiem doprowadzić do ich buntu i porzucenia roli, a to zagroziłoby istnieniu rodziny.
Berne i Laing twierdzili, że wszyscy nieświadomie odgrywamy w życiu określoną rolę i niekoniecznie musi to być destruktywne. Psychoanalityczka Alice Miller utrzymuje natomiast, że odgrywanie ról zdarza się przede wszystkim tym osobom, które miały traumatyczne dzieciństwo, i zawsze jest to niekorzystne. Przekonuje, że dzieciństwo często nie jest okresem szczęścia i beztroski. Wiele dzieci doświadcza ze strony dorosłych – także rodziców – różnego rodzaju prześladowań. Bywają bite, wyszydzane, poniżane, odtrącane, narażane jest ich zdrowie i życie, są molestowane seksualnie. Dorośli świadkowie nieszczęścia dziecka najczęściej nie tylko nie pomagają mu wybrnąć z opresji, ale wręcz utrudniają mu zrozumienie, że jest krzywdzone. Przejawia się to lekceważeniem cierpienia dzieci („Jest za mały, żeby to rozumieć”, „Szybko zapomni”), obojętnością („To nie moje dziecko”, „To ich sprawy rodzinne”), a także podtrzymywaniem mitu szczęśliwego dzieciństwa i autorytetu rodziców („Przecież tatuś cię kocha”, „Mamusia robi to dla twojego dobra”). Doświadczenie krzywdy w przypadku większości dzieci pozostaje więc niewypowiedziane i niezrozumiane.
Ślad pamięciowy krzywdy staje się autonomiczną strukturą psychiczną. Działanie tej struktury polega na tym, że doznana krzywda jest odgrywana uporczywie przez całe życie, aby możliwe stało się jej ujawnienie, zrozumienie i zintegrowanie z posiadaną wizją siebie i świata. Ktoś skrzywdzony w dzieciństwie prowadzi zatem swoje życie tak, by wciąż na nowo – stosownie do okoliczności – odtwarzać doświadczoną kiedyś krzywdę. Czasem odgrywa on rolę ofiary, a czasem rolę krzywdzącego, ponieważ obie te role są zapisane w jego umysłowym scenariuszu tej sytuacji. Życie takiej osoby jest pasmem niepowodzeń i kłopotów, które na różne sposoby powielają schemat doznanych niegdyś krzywd.(...)
Przedstawione koncepcje są zgodne, że uporczywe niepowodzenia mogą mieć źródło w powtarzaniu tych samych, niekorzystnych dla osoby działań, wynikających z posiadania destruktywnego scenariusza odgrywanego wciąż na nowo, tyle że w różnych kostiumach, w zmieniającej się scenografii, z różnymi partnerami. Sposobem przełamania złej życiowej passy byłaby dekonstrukcja samego scenariusza. Jednakże zwykle nie można tego zrobić samodzielnie, ponieważ scenariusz działa automatycznie i poza świadomością. (Ewa Trzebińska, Urodzeni pechowcy, Charaktery 2003, nr 91)

Stosowanie na co dzień narzędzi Radykalnego Wybaczania, praca z cieniem, otwiera na skrypt powoli, ale skutecznie. Dzieje się to dzięki wytworzeniu innej, nowej perspektywy. Należy w każdej, ale to każdej sytuacji, gdy pojawi się zdenerwowanie, wściekłość, złość, żal i poczucie krzywdy, pamiętać że jest to związane z rolą, która była nam kiedyś przydzielona. Nie pytano nas wtedy o zgodę, proces odbywał się w nieświadomości i tam jest zarejestrowany. Identyfikacja roli, jaka była nam przydzielona jest równoznaczna z odebraniem jej mocy. Daje możliwość dokonania wyboru, czy nadal chcę być tym, kim widzieli mnie moi rodzice, czy chcę teraz dla siebie innej roli. I mylą się ci, którzy będąc w roli przegranego, uważają że rola wygranego jest lepsza. Nie jest lepsza, tylko inna. Rola skryptowa zmusza do jej ciągłego odgrywania, robi z człowieka jej niewolnika.  

18 stycznia 2011

Kilka tekstów terapeutycznych

Teksty te pełnią z jednej strony role wspomagających "narzędzi diagnostycznych", a z drugiej strony przekazują także natychmiast zwrotnie treści pewnych porad (a więc pewne treści "terapeutyczne").

� Ludzie traktują Ciebie dokładnie tak jak Ty traktujesz siebie (Innymi słowy najistotniejsze dla dobrego samopoczucia, zdrowia i rozwoju to polubić siebie, pokochać siebie, uznać, że jest się kimś niezwykłym; dlaczego niezwykłym ... patrz dalej.).

� Jeśli jesteś w relacji z kimś i przynajmniej jeden kocha to powinieneś wiedzieć, że energia miłości wypycha z podświadomości drugiego partnera wiele problemów; metaforycznie: celem "uleczenia ich" (Innymi słowy ten kto w gniewie krzyczy w istocie woła o pomoc, ale nie wie jak to wyrazić inaczej.).

� Wszystko co jest nierozwiązane w Twoich związkach z rodzicami pojawi się w innych twoich związkach; metaforycznie celem uzdrowienia (większość ludzi ma wypartą z pamięci i "wpędzoną" do podświadomości urazę, żal, nawet gniew do któregoś ze swoich rodziców. Gniew ten przenoszą na partnerów, a gdy partner nie pozwala, często na swoje dzieci.)

� Główną przyczyną "przyspieszonego" starzenia się i większości chorób jest tłamszona, uraza, nienawiść, odgrywanie się i ponawianie próby zemsty (Ci którzy to pojęli wiedzą także, że uraza, nienawiść, a nawet bierne formy agresji są nie tylko "samobójcze", ale także nieeleganckie.).

� Złe samopoczucie, nerwice, depresje, a nawet większość chorób są rezultatem długotrwałego wysiłku i zużycia energii życiowej na kurczowe, natrętne trzymanie się kilku negatywnych myśli, dotyczących siebie samego i swojego głównego dylematu - TRZEBA "DUŻO PRACY" ABY ZACHOROWAĆ.

� Jedna z Twoich negatywnych myśli o sobie jest najbardziej raniąca, godząca i szkodliwa. Trzeba posiąść wiedzę jak ją ustalić. Będzie ona nazywana tutaj "osobistym kłamstwem". Jest to kłamstwo!!! gdyż Twoja prawdziwa natura jest zupełnie odmienna, lepsza. W Twoim umyśle masz zaszyte również lapidarne określenie tej pozytywnej cechy, predyspozycji, odwiecznego planu "dla Twojej osoby". Trzeba odnaleźć to "hasło".

� Wszystko o czym myślisz rozrasta się. Im bardziej nad czymś myślisz tym więcej tego masz.

� Dostajesz dokładnie to o czym intensywnie myślisz, nawet jeśli tego często nie wypowiadasz, gdyż wszechświat wspiera energetycznie to o czym myślisz.

� Tak więc negatywne myślenie (o sobie, o swoich możliwościach, o szansach na realizację planów) wywoła negatywne rezultaty. Pozytywne myślenie spowoduje pozytywne rezultaty.

� Zazwyczaj rodzice wyrażali wiele dezaprobaty (parental disaprouval syndrom). Niezwykle często wyznaczają oni także poziom żartobliwości, nonszalancji, "towarzyskości", radości, cieszenia się z życia, "przesyłając" czasami niejako komunikat: "jak śmiesz cieszyć się z życia bardziej niż ja". Czasami jest to postawa: "Nie rób tego jak ja robię, lecz tak ja mówię". Rodzicom i innym należy wybaczyć, ale aby móc wybaczyć trzeba przypomnieć sobie istotne rysy dzieciństwa. Wybaczyć należy także sobie. Wybaczenie jest pomostem do odzyskania spokoju, satysfakcji, radości, siły. NIE JEST JEDNAK PROSTE WYBACZYĆ.

� Będziesz bowiem wracał i atakował, to czym nie jesteś usatysfakcjonowany, będziesz na to narzekał i będziesz tak czynił; metaforycznie: ABY UNIKNĄĆ ZROZUMIENIA (ZOBACZENIA), że sam to wytworzyłeś.

Powyższy tekst jest fragmentem biuletynu „Po drugiej stronie lustra” napisanego przez Prof. dr nauk medycznych Andrzeja Brodziaka. Pozwoliłam sobie zamieścić go, ponieważ urzekła mnie jego prostota i trafność sformułowań.

17 stycznia 2011

O miłości i nienawiści.

Ludzkie życie ma sens, jeśli jest w nim miłość. Nie traktujemy jej jednak tak poważnie, jak na to zasługuje. Nie bierzemy innych ludzi do swoich serc, raczej kombinujemy, jak być w fajnym związku, jak mieć dużo przyjaciół. Najpopularniejszym sposobem zdobywania miłości i sympatii jest oczarowywanie. Pokazywanie jacy jesteśmy godni podziwu, ładni i zdolni.
Jeśli mamy dobrze opanowaną technikę, otrzymujemy uznanie. Jest jak szczypta miłości.
Niektórym te szczypty wystarczają, innym otwierają morze ukrytych potrzeb.
Osoba, którą udało się oczarować jest jak zdobycz, jak łup, który  skoro dał palec, to może da i całą rękę. Jeśli nie daje, to walczymy, pokładaliśmy w niej duże nadzieje. Przykra sprawa, że ona często o tym nie wie. Stosujemy podstęp, żeby być chcianym. Jest w naszych głowach model osoby chcianej, dopasowujemy się do niego. Porównujemy do siebie i najczęściej stwierdzamy, że te modele mają inne cechy niż my, inny wygląd i inne umiejętności. Patrzymy i dochodzimy do wniosku, że one mają to, czego nam brakuje.
I to jest bardzo dobra strategia, żeby odwrócić uwagę od tego, jak bardzo się sobie sami nie podobamy.  
Istnieją trzy pozycje percepcji. W pozycja pierwszej rozpatrujemy daną sytuację z mojego punktu widzenia, według moich przekonań. Pozycja druga, to punkt widzenia drugiej osoby, wzięcie za punkt odniesienia jej stanowiska w danej sytuacji. Pozycja trzecia jest punktem widzenia, znajdującym się na zewnątrz obu poprzednich. Jest postawieniem sobie pytania, jaka jest struktura świata, w którym doszło do mojego spotkania z innymi osobami i zdarzeniami.
Warto poćwiczyć, a przynajmniej się zastanowić, czy w związkach zdarza mi się popatrzyć na to, co się dzieje z innej pozycji percepcji, niż pierwsza.
Oczarowując  walczymy o otrzymanie uwagi i zaangażowania w nasze sprawy. Jesteśmy w pozycji pierwszej, w której umacnia przekonanie, że się nam coś należy i jak nie zawalczymy, to nie dostaniemy.  Może się należy, ale bez uwzględnienia pozycji drugiej i trzeciej jesteśmy skazani na porażkę. Nie otrzymamy tego, co się nam „należy”, jeśli punkt widzenia drugiej osoby tego nie przewiduje.
Zawsze spotykamy ludzi, którzy odzwierciedlą nam nasze cechy. Chodzi o te cechy,  których nie jesteśmy świadomi. Jeśli  nie jesteśmy świadomi, ze oczekujemy od innych, żeby nam coś dali, to zazwyczaj sami zaczynamy dawać i czekamy na rewanż. Gdy ten nie następuje, stosujemy naciski. Presja z naszej strony często kończy się zerwaniem kontaktu i w efekcie zamiast dostać, tylko daliśmy. Druga osoba pokazała, że naprawdę dawaliśmy dlatego, że jest to nasza metoda na otrzymanie. Gdybyśmy otrzymali bez dawania, to nasz trud byłby zbyteczny.  Problem polega na tym, że dając, nie mamy świadomości, jakie motywy nami kierują. Dlaczego stosujemy taktykę podboju czyjegoś serca, zdobywania czyichś względów, imponowania wiedzą i możliwościami.
Nasza kultura i wszechobecne media wmawiają, że miłość przychodzi przez żołądek, albo przez oczy, albo przez kieszeń.
A miłość to uczucie, otwarcie serca, głównie własnego  i głównie na siebie.
Trudno jest pokochać siebie, nie wiele o sobie wiedząc. Nasza osobowość kształtuje się przez lata, mają na nią wpływ ważne osoby oraz środowisko. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak inni nas widzą, nie stajemy na drugiej pozycji percepcji, a trzecia to już akrobacje. Najczęściej  zaczynamy patrzyć na siebie na serio, gdy kolejne związki z innymi ludźmi stają się niesatysfakcjonujące i zostajemy sami.
Odchodzimy, bo straciliśmy nadzieje i zapał. W związkach, które były polem bitwy straciliśmy energię i potrzebujemy dystansu do nabrania sił. Nie myślimy, że niebo zesłało nam człowieka, dzięki któremu mogliśmy ćwiczyć akceptację, miłość i poczucie własnej wartości. Nareszcie mamy możliwość  skupić na drugiej osobie całą naszą niechęć, zgorzknienie i wściekłość.  A może właśnie o to chodziło? Tak bardzo jesteśmy odcięci od wszelkich negatywnych odczuć, a tak bardzo potrzebujemy je wyrazić. 
Zazwyczaj wchodzimy w związki mając w planie kochać drugą osobę, lubić ją i akceptować. Chcemy również być kochani, lubieni i akceptowani. W naszych planach nie przewidujemy pojawienia się negatywnych emocji. Siła woli wystarczy, żeby je trzymać z dala od naszego związku.
Jeśli w naszych sercach jest wyparta nienawiść, to w związku z drugą osobą, zawsze się ujawni. Jeśli są niewyrażone uczucia, to nasza dusza tak pokieruje związkiem, że zaczniemy je wyrażać. I dotyczy to wszystkich związków i dalszych i bliższych. Im bliższy związek, tym silniejsze odczuwanie negatywnych emocji.
Niewyrażone emocje gniewu, odcięcie się od smutku, poczucie nie zasługiwania na miłość, zaczynają żyć w nas swoim życiem, jako choroby, często poważne i śmiertelne. Ratunkiem jest kontakt z samym sobą i przyznanie się „brzydkich” emocji, takich które w naszym mniemaniu są przeszkodą w kochaniu nas . Złość, nienawiść, żal, poczucie krzywdy, chęć zemsty, to niewyrażone uczucia związane z brakiem miłości akceptacji w dzieciństwie. Dzieciństwo minęło i nic go nie przywróci. Nigdy już nie dostaniemy tego, czego nam kiedyś brakowało. Wszystko, co możemy dostać, nie zapełni luki w przeszłości. Zawsze pozostanie miejsce bólu i cierpienia, które potrzebuje się w jakiejś formie wyrazić. Jeśli wyraża się z formie nienawiści, dzisiaj do drugiej osoby, która zachowała się podobnie jak kiedyś rodzic, czy opiekun, to możemy nad tym pracować. Mamy szansę na integrację poprzez rozpoznanie niewyrażonych uczuć. W przeciwnym przypadku zamykamy sobie drogę do przepływu uczuć pomiędzy nami i tą osobą. Można się w ten sposób odgrodzić od całego świata. Odcięcie od własnego bólu, odcina od innych ludzi i od samego siebie. Pozostaje nam wtedy medycyna konwencjonalna i  walka o miłość przez pracę i poświęcenie ideom wyższym.   

11 stycznia 2011

Moje uczucia należą do mnie

Coraz częściej natykam się na konflikty, które wynikają z przemożnej potrzeby akceptacji. Wiele relacji jest nawiązywanych po to, żeby usłyszeć, że się podobamy. Jeśli to nie następuje, czujemy się odrzuceni. Najczęstszą reakcją na poczucie odrzucenia jest albo smutek i wycofanie albo gniew i przypływ agresji.
Mnie osobiście jest w takich sytuacjach bardzo przykro. Wielokrotnie zdarzało mi się, że ktoś postrzegał mnie jako mądrą i zabiegał o moją uwagę. Starał się nakłonić mnie do potwierdzenia, że to co on robi jest mądre. Dla mnie, jeśli ktoś ma pogląd na swoje działania to są to jego działania i jego opinia. Jeśli mnie pyta, czy podoba mi się, to co robi, to jakby pytał, czy akceptuję jego w jego działaniach. Osoba ta prosi o akceptację siebie poprzez poparcie dla jej sposobu postępowania. Mogę tylko zadać pytanie, co przeszkadza jej samej zrobić to dla siebie.
Są ludzie, którzy starają się błyszczeć i śmiało kroczą przez życie, jakby chcieli poinformować innych, że im się udało i zasługują na naśladowanie. Zatrzymać takiego człowieka jest bardzo trudno. Jest napakowany wiarą w to, że to co robi jest doskonałe. Nie okazanie poparcia, równe jest niezaakceptowaniu całej osoby. Mocne zidentyfikowanie z tym, co robi, sprawia że nie postrzega siebie jako wykonującego różne czynności. Wydaje mu się, że jest doskonały, Nie dostrzega, iż jedne czynności wychodzą mu lepiej, inne gorzej. Nie może pozwolić innym na ich opinię o jego umiejętnościach. Z obawy przed brakiem akceptacji, nie dopuszcza do sytuacji, w której inna osoba mogłaby ujawnić, że coś się jej nie spodobało. Ci ludzie reagują agresją, gdy jednym słowem rozwalamy ich plan na życie.
Ostatnio pracowałam z młodą dziewczyną, która przyznała, że wiele jej działań jest nastawionych na otrzymanie akceptacji. Życie jest szukaniem osoby, która ją zaakceptuje, polubi taką jaka jest. Jeśli ją wreszcie znajdzie, to osiągnie sukces i wtedy zacznie być szczęśliwa. Zwróciłam jej uwagę, że znalazła i stosuje niezwykły sposób na pogodzenie się ze złym samopoczuciem. Logika rozumowania dawała uzasadnienie dzisiejszego złego samopoczucia. Miała prawo źle się czuć, bo nie było obok niej tej akceptującej osoby. Kłopot polegał na tym, że spotykała różne osoby, do których się zbliżała. W pierwszej fazie znajomości wydawało jej się, że to właśnie jest osoba, której szuka, ale po pierwszym nieporozumieniu, zmieniała zdanie. Ciągle czuła się źle, ale ciągle miała nadzieję.
Bez podjęcia interwencji mogłaby do końca życia stosować taką strategię. Sposób na poprawienie samopoczucia był położony na zewnątrz, tam go szukała.
Moje uczucia należą do mnie, nikt nie może sprawić bym coś czuł”.
Oznacza to, że mam swoją emocjonalną strukturę wewnętrzną, swoją wrażliwość, system który mnie chroni i informuje. Ludzie na zewnątrz uruchamiają moje reakcje. Mili, sympatyczni, wspierający, uruchamiają moje przyjemne poczucie spokoju i bezpieczeństwa, zdenerwowani, budzą mój niepokój, zapędzeni sprawiają, że chcę się im usunąć z drogi. Nie zastanawiam się co robić, jak zareagować, to wychodzi samo. Jeśli moje reakcje są przeze mnie akceptowane, mam poczucie zgody, jestem zadowolona. Jednak zdarza się, że moja reakcja zaskakuje mnie i sprawia, że przestaję być „sobą”, tracę kontakt z moim wewnętrznym przewodnictwem. Mam poczucie, że coś jest nie tak, jak bym chciała.
Znam na to sposób. Szybka ocena, że to na zewnątrz, coś lub ktoś sprawił, że jestem jak okręt bez kapitana, odcina od uczuć. Jest wybawieniem. Już wiem że to coś lub ktoś sprawił, że jest ze mną źle. Mogę kierując w tamtą stronę złość, odzyskać utracony grunt. Przypływ gniewu, złości, zniesmaczenia albo innego sposobu oceny tego, co jest na zewnątrz, tworzy dwa wirtualne światy. Jeden jest mój, a drugi to ten wrogi, który mój zaburzył. Ta technika odcięcia się od intruza z zewnątrz, pozwala się jednocześnie odciąć od własnych, trudnych uczuć
Warto pamiętać, że strategie służą wykonywaniu działań. Wtedy, kiedy działamy pojawiają się emocje i uczucia, np. poczucie by ktoś nas w naszym działaniu zaakceptował. Jeśli nie bierzemy odpowiedzialności za własne uczucia, które towarzyszą naszym działaniom, to budzimy się wtedy, gdy zaczynamy mieć pretensje. Gdy nagle dociera do nas, że włożyliśmy tyle starań, a ktoś tego nie docenił, zlekceważył, myśli tylko o sobie. Będąc na końcu procesu, zapominamy, ze od początku nasze działanie było nastawione na otrzymanie nagrody. Nie bardzo byliśmy świadomi na początku, że podjęliśmy działanie, bo coś było potrzebne.
Młoda osoba, z którą pracowałam, zazwyczaj poznając nową osobę, starała się pokazać siebie jako wyluzowaną i świetnie dającą sobie radę, chociaż taka nie była. Wiedziała, że taka może się podobać i taką udawała. Przy następnych spotkaniach mistyfikacja powoli się ujawniała, ale ona tego nie widziała. Jej partner był zdezorientowany, zastanawiał się, kim ona jest i dlaczego nie jest taka jak na początku. Ona zaś tylko widziała, że on się odsuwa, nie patrzy na nią z podziwem. W końcu uznawała, że jej nie akceptuje i rezygnowała z dalszej znajomości.
Zadałam jej pytanie, kogo miał zaakceptować. Czy tę radzącą sobie, którą udawała, czy tę prawdziwą. Skoro udawała kogoś innego, to przecież sama nie akceptuje tej prawdziwej. Szuka kogoś kto zaakceptuje ją, bo ona sama tego nie potrafi. Szuka kogoś, kto powie jej, że jest w porządku, chociaż sama uważa, że nie jest.
Moje uczucia należą do mnie” jest braniem odpowiedzialności za to, co się ma w sobie. Za swój stosunek do siebie i do innych. „Nikt nie może sprawić, bym coś czuł”, ma uświadomić, że inni ludzie i sytuacje, tylko pokazują nam, co mamy w środku. Którą reakcję wybieramy z zestawu możliwych. Jeśli nie jesteś zadowolony za swojej reakcji, sprawdź skąd masz właśnie taką. Pomyśl, gdzie i kiedy takiej się nauczyłeś. Może nauczyciel był niewłaściwy, weź teraz innego.