15 września 2013

Kocham Cię [Bert Hellinger]

Power of Love by I-Heart-Photo
Kocham Cię

Kto może coś takiego powiedzieć: „Kocham cię”?
Co się dzieje w duszy, gdy mówię to zdanie?
Co dzieje się w  duszy tego, do kogo to zdanie zostaje skierowane?

Kto wypowiada je naprawdę, temu dusza drży.
W niej zbiera się coś, co narasta jak wielka fala i porywa go.
Broni się, być może,  przeciwko niej z lęku, nie wiedząc dokąd go ona zaniesie
i na jaki brzeg wyrzuci.

Także ci, do których to zdanie jest adresowane, drżą być może.
Przeczuwają, co ono w nich zmienia, jak bardzo obarcza obowiązkami
i ich życie określa na zawsze.

Jest w tym też lęk, czy wytrzymam i zgodzę się na jego zasięg
i otworzę się na nie niezależnie, czy sam je wypowiadam,
czy ktoś je kieruje do mnie.

Jednak nie ma piękniejszego zdania,
nie ma zdania, które nas głębiej porusza i głębiej wiąże z drugim człowiekiem.

Jest to zdanie pełne pokory.
Czyni nas jednocześnie małymi i wielkimi.
Czyni nas w pełni ludźmi.
                                   [Bert Hellinger]                   

9 września 2013

Samoakceptacja

Jak często bardziej wierzysz komuś, aniżeli samemu sobie?
Jak często myślisz o innych ludziach z brakiem szacunku?
Jak często brakuje Ci pozytywnego mniemania o sobie?
Czy zdarza Ci się, że nie jesteś w stanie korygować swojego zachowania pod wpływem innych?

Jeśli odpowiesz "często", albo "zazwyczaj", oznacza to, że cechuje Ciebie brak samoakceptacji.

Samoakceptacji uczymy się od swoich rodziców. To, jak oni siebie akceptują, jak postrzegają nas, nasze potrzeby i zachowania, uczy nas, czym jest akceptacja.
W wielu rodzinach jest to pojęcie obce, jak również nie doceniana jest akceptacja jako umiejętność, która nie pojawia sama z siebie, którą się wypracowuje.
Dwoje młodych ludzi, zakładając rodzinę, poznaje się podczas wspólnego bycia, a zwłaszcza, gdy pojawiają się trudności, różnice poglądów. A muszą się pojawić, ponieważ środowiska, w których dojrzewały i kształtowały się ich osobowości, nie były identyczne. Co za tym idzie podejście do trudności, czy problemów jest różne. Wystarczy, że w obliczu trudności, kobieta jest przekonana, że natychmiast trzeba przystąpić do działania, a mężczyzna, że trzeba wcześniej wszystko gruntownie przeanalizować i skonsultować z innymi.
Ta przykładowa sytuacja wymaga umiejętności akceptacji od obydwojga. Obie strategie mają plusy i minusy i upieranie się, że jedna jest lepsza od drugiej, może sprawić, że problem, który spór wygenerował, nie będzie mógł być w ogóle rozwiązany. Obie strony zaangażują się bardziej w spór, kto ma rację, niż w jego rozwiązanie.

Ja uczę się akceptacji odkąd dowiedziałam się, że bez niej nie osiągnę moich celów życiowych. A mam je takie, jak większość ludzi: dobry związek z kochającym partnerem, życie w dostatku, satysfakcjonująca praca. Moim aktualnym doświadczeniem jest obserwacja, że sukces jest wprost proporcjonalny do wzrostu poziomu samoakceptacji.
Pierwszym i najważniejszym moim krokiem w tym procesie było zaznajomienie się z Metodą Tippinga, znaną pod nazwą Radical Forgivenes (Radykalne Wybaczanie).
Nazwa metody jest kontrowersyjna, ale jej narzędzia to skarb. Arkusz, znajdujący się w książce Tippinga (można go również pobrać ze strony Instytutu Metody Tippinga w Warszawie), krok po kroku przeprowadza przez proces zrozumienia siebie i innych. Każe nazwać co jest trudne, potem jak bardzo nas to angażuje emocjonalnie, by następnie nakłonić do przeanalizowania uczuć. Często emocje są tak silne, że nie dociera do człowieka, że chodzi o zranione uczucia. Niełatwo się do tego przyznać, wyrazić zgodę na siebie czującego, przeżywającego i zranionego. A jedynie ta zgoda umożliwia wypracowanie przyszłej linii obrony, własnych granic, budowanie świadomości opartej na samoakceptacji.
Zazwyczaj ludzie nie zdają sobie sprawy, że nas ranią i my sami często nie wiemy, że ranimy innych.
Drugim moim krokiem było zapoznanie się z Pracą z Procesem Arnolda Mindella, a trzecim Coaching NLP. Wszystkie techniki pokazały dokładnie, gdzie we mnie jest poszukiwana moc. Na zewnątrz są jedynie wskazówki, w którą stronę należy się w danym momencie udać.
Czego nas najczęściej uczą nasi rodzice i wychowawcy? Braku akceptacji do emocji, wyciszania emocji bez ich zrozumienia, zaprzeczania powodom, dla których emocja się pojawiła. Jeśli uda się nam na tym etapie zaprzeczyć informacji, którą niesie emocja, nie pojmiemy ukrytych pod nią uczuć.
Trzeba powiedzieć prawdę, że opiekunowie, robią w tym przypadku dużo dla siebie. Być może, wygląda to, jakoby nas "wychowywali", ale w rzeczywistości, uczą nas manipulowania naszymi własnymi uczuciami. Uczą nas, jak czuć to, co powinniśmy i nie czuć tego, czego nie powinniśmy. I tak w skrócie można opisać, jak się kształtuje człowiek pozbawiony samoakceptacji. Jest ok., gdy nie przeżywa, nie targają nim wątpliwości, nie doświadcza nienawiści, zazdrości, niemocy. Jest ok, gdy jest zawsze zadowolony, uśmiechnięty i usatysfakcjonowany. Jakże często musimy takich grać!

A chodzi o to, żeby takimi być!

Ale, żeby takimi być, musimy się zgodzić na własne emocje i uczucia oraz na fakt, ze będą nas otaczać ludzi, którzy nic nie wiedzą o swoich uczuciach.
Colin Tipping jest autorem stwierdzenia, które jest dla mnie przełomowe. Sugeruje, że jako ludzie żyjemy jednocześnie na dwóch płaszczyznach - duchowej i fizycznej. Na tej duchowej wszyscy ludzie stanowią jedność i są ze sobą połączeni. Na duchowym poziomie komunikujemy się między sobą cały czas. Już wcześniej zastanawiałam się, ze często skądś wiemy, co się dzieje z naszymi bliskimi. Bez szczegółów, ale jeśli są w niebezpieczeństwie, to informacja ta jakoś dociera do nas. Gdy myślimy o kimś, to następuje połączenie na poziomie mentalnym. Jeśli uznamy to połączenie, to możemy również uznać, że na poziomie duchowym wszyscy chcą dobra dla siebie nawzajem. Na poziomie fizycznym to się nie pojawia, ponieważ panuje przekonanie, że dóbr jest za mało, więc może dla mnie zabraknąć. Na poziomie fizycznym jest walka o dobra.
Gdy popatrzymy na samoakceptację z poziomu duchowości, wtedy inni ludzie pomogą nam ją wypracować. Zgoda na koncepcję duchowości otwiera możliwość, że inny człowiek, który wzbudza moje silne emocje, nie robi czegoś przeciwko mnie. Powstaje perspektywa, w której ten człowiek robi coś dla mnie, a ja w tym czasie robię coś dla niego. Obydwoje pomagamy sobie na poziomie duchowym być razem. Mój gniew na poziomie fizycznym określa czyjeś zachowanie jako naganne, niewłaściwe, przekraczające granice, zasługujące na odrzucenie. Na poziomie duchowym jest informacją, ze tego samego zachowania nie akceptuję w sobie z dokładnie taką sama siłą i odrzucam ten aspekt siebie. Nie akceptuję go.

I to jest cała filozofia, początek drogi do zaakceptowania tego odrzuconego aspektu, uznania jego potrzeby i wykorzystania go z korzyścią dla siebie. To praca nad uzyskaniem pełni.

Na początku okazało się, że tych odrzuconych przeze mnie aspektów była multum, z czasem pojawiają się pojedyncze, które mnie raczej rozbawiają. Śmieję się i myślę: Jeszcze tu mnie nie było! Jeszcze w tym aspekcie mnie, nie znam siebie do końca. Nie można polubić kogoś, kogo się nie zna. Samoakceptacja to polubienie siebie. Wiemy wszyscy, że w atmosferze akceptacji ludzie stają się bardziej kreatywni. Poczucie wsparcia i braku krytycyzmu dodaje nam skrzydeł. Kochamy być z ludźmi, którzy mówią do nas: wierzę w ciebie, uda ci się, możesz na mnie liczyć. Będziemy kochać samych siebie, gdy będziemy tak do siebie mówić. Pojawią się wtedy inni, którzy mówią podobnie. Podobne, przyciąga podobne.

Brak samoakceptacji jest pułapką, w którą wpada wiele par. Ludzie mają świadomość, ze w jakiś aspektach nie akceptują siebie, ale liczą na to, że zostaną zaakceptowani przez partnera. Zazwyczaj przy dłuższych związkach niestety nie zdaje to egzaminu. Osoby, które nie wierzą w siebie, podejmują często błędne decyzje, przedkładając opinię innych nad własną. Jeśli liczymy na akceptację partnera, zamiast na własną, to krytyka z jego strony pogrąża nas totalnie. Często aby wyjść z tego pogrążenia, dopatrujemy się wad u naszego krytykującego partnera i zazwyczaj stwierdzamy, że "wcale nie jest lepszy". Koncepcja akceptacji z zewnątrz zamiast samoakceptacji zmienia nasz związek w piekło, we wzajemne udowadnianie sobie, ze druga strona jest gorsza od nas. Bo cóż innego może się stać, jeśli przyciągniemy do siebie partnera, który odzwierciedla nasz brak wiary w we własne możliwości. Widząc wady partnera, czy partnerki, zapominamy na ten moment o własnych, mamy poczucie, że my to "pryszcz", wobec głupoty tej drugiej strony. Często wzajemny brak oparcia w sobie tworzy współuzależniony związek, którego nie ma jak opuścić.

Wiem, co piszę, ponieważ sama byłam w takim związku 8 lat. Nie rozumiałam dlaczego nie możemy się porozumieć, nie rozumiałam dlaczego mój mąż nie konsultuje ze mną swoich decyzji. Stawiał mnie wobec faktów dokonanych, które nie były dobre ani dla mnie, ani dla naszej rodziny. Miały jego dowartościować. Miały również i mnie pokazać moje niedowartościowanie, ale wtedy jeszcze nic nie wiedziałam na ten temat.

Wchodzimy w bliskie związki, żeby się dowiedzieć, kim jesteśmy. Jeśli nas nie szanują, oznacza, że w duszy nie wierzymy, że na szacunek zasługujemy. Jeśli jesteśmy w związku nikim, znaczy, że w duszy jesteśmy nikim, można nas przestawiać z kąta w kąt, a my potrafimy tylko czekać, aż ktoś dostrzeże, że dzieje się nam krzywda, pomoże, poradzi, rozwiąże za nas dylemat, co robić?
W uwikłaniu widzimy tylko naszą krzywdę, nie widzimy uwikłania. nie widzimy, ze brak pomysłu na siebie towarzyszy od zarania dziejów. Odzyskiwanie dobrego mniemania o sobie musi sięgnąć do tego zarania, bo tam były okoliczności, w których dobre mniemanie o sobie, zamieniliśmy na złe.

https://zrozumiecemocje.com.pl/

5 września 2013

"Czuje się bardzo nieszczęśliwa"- zwierzenie młodej kobiety

Czuje się bardzo nieszczęśliwa. Od kiedy rano otworzyłam oczy, płaczę. Nie rozmawiam z ludźmi, chyba gniewam się na nich za to, że mówią mi prawdę. To bardzo bolesne słyszeć prawdę.
Płaczę gdy myślę o moim chłopaku i o tym, że tak łatwo mogłabym go skrzywdzić. On jest taka ciapa, ciągle mnie przeprasza. Jak będę się złościć zmuszę go do rzeczy, których nie chce. Nie będzie mu łatwo. Widzę ze wystarczy ze się nie odzywam, albo złoszczę albo wpinam igiełki i on od razu zmienia zachowanie. Robi to, co ja chcę. I najpierw jestem zadowolona, tak powinno być. Ale potem dociera do mnie, że on robi to przeciwko sobie i że jest taki słaby a ja silniejsza, że mogę mu zrobić krzywdę. Tak bardzo tego nie chcę. Czuje się koszmarnie. Podobnie jak wtedy, gdy byłam ostatnio z szefem. Przy nim ja wiedziałam, że będę robić co on chce, nawet jeśli to nie będzie zgodne z moja wolą. Czułam się słaba i bezsilna, w jego szponach, tracąca osobowość. Będę tańczyć jak mi zagra, bo się go bardzo boję.
Chcę zwolnić mojego chłopaka z obietnicy, którą na nim wymusiłam, chcę żeby już nie musiał wykonać trudnej i niewygodnej i kosztownej dla niego czynności dla mnie, tylko dlatego, że ja tego potrzebuje.
Jest mi głupio, ze tego od niego żądałam. 
Myślę o tym, co wczoraj zostało powiedziane- jedna osoba mówi do drugiej- ja wiem lepiej, co będzie dla ciebie dobre. Posłuchaj mnie i rób co ci mówię, tak ci będzie najlepiej. I ta osoba słucha. Zaczyna robić, mimo, że przedtem miała zupełnie inny plan na życie.
Ojciec mówi: "Bądź ze mną blisko, bardzo blisko". Dziecko nie planowało tego wcale. Może nawet się go bało i chciało stać daleko. Ale wierzy, ze ojciec wie, co dla niego lepsze i przełamuje się. Zaczyna żyć jak on chce, tracąc siebie, tracąc swojego ducha, tracąc energię i sympatię do siebie, gubiąc się. Już nie wie, po co żyje, jaki jest tego sens.
Tu boli mnie głowa, w jednym miejscu, jakbym oberwała tam i rósł mi guz.
Wczoraj w nocy myśląc o tym, ze musiało coś takiego mi się przydarzyć wpadłam w rozpacz. Ryczałam, krzyczałam i płakałam. Aż straciłam oddech. Aż nie mogłam już dłużej.
Ja to robię teraz, bo to mi było zrobione. I było moją ogromna krzywdą. Ale ponieważ nigdy tego nie przyznałam, nie uświadomiłam sobie, nie powiedziałam, ze tak było i że to było złe, teraz sama tak robię innym.
To budzi dziurę w moim sercu. Dziurę w duszy. Pustkę w środku.
I G.... G., który ukradł mi serce. Którego moje ciało pragnęło, który był dla mnie jak prezent od Boga i przy którym wiedziałam, że takie cudo nie może mnie chcieć. Tak właśnie było. Tak mi się podobał, że pamiętam, że myślałam: mogę dla niego prać, gotować i prasować koszule. Moja mama mówiła, że to właśnie jest miłość. No, może nie dosłownie, ale że widzi się w tej osobie taki cud, ze się jej wybacza, rozumie, nie obwinia, darowuje.
Nie mogę tylko czekać, aż on się zdecyduje być ze mną. Wiedziałam, że jest dla mnie za dobry. I on też to wiedział i odszedł.
Nie kocham mojego chłopaka. Nie jest dla mnie cudem.
I ta myśl, że mój były, ten przed G. był jedynym chłopakiem na moim poziomie. Bo był. Mieszkał niedaleko, miał odpowiedni wzrost do mojego, podobne włosy. Nie miał ojca jak ja. Był podobny. Był z podobnego szablonu. Przecież z nim byłam najdłużej. Uwielbiałam seks z nim. Ale zaczął się zachowywać jak szaleniec. I musiałam odejść.

https://zrozumiecemocje.com.pl/