29 lipca 2012

Piszcie Arkusze, przesyłajcie do mnie, a ja skomentuje, jak w poniższym przykładzie

Pytania arkusza znajdziecie w jednym z moich poprzednich postów tutaj:

ARKUSZ 


Mój Drogi,
bardzo mi przykro z powodu Twoich nieprzyjemności i doznanego zawodu na spotkaniu rodzinnym. Rzeczywiście Twój ojciec zachowywał się niezwykle grubiańsko, czym przestraszył całą rodzinę, a Ciebie tak mocno wyprowadził z równowagi, że piszesz na niego Arkusz Radykalnego Wybaczania. Mam nadzieje, że Twoja praca uwieńczona będzie sukcesem.
Napisałeś, że jest dla ciebie upokarzające, że taka „zakała”, jak twój ojciec stoi na drodze twojego życia. Pragnę tu dodać swój komentarz. To nie jest tak, że Ty "spotkałeś" Twojego ojca. Przecież to on Ciebie stworzył, to jego pomysł na posiadanie dzieci sprawił,
że teraz patrzysz na to, co on wyrabia. I dla Ciebie teraz najważniejsze jest nabrać takiego dystansu do tego, co on wyrabia, by zamiast oceniać go i odcinać się od niego, dobrze przeanalizować, które z jego cech stały się przez dziedziczenie i wspólne z nim przebywanie - Twoje.
Bóg z nim, jemu już nie pomożemy, ale Ty sobie pomóc możesz. Te zachowania, tak nieprzyjemne i kłopotliwe dla otoczenia ujawniają TOŻSAMOŚĆ Twojego ojca, to znaczy, KIM on jest. Bo z tego, kim kto jest, wypływają reakcje na otaczający świat.
Tak, więc jest z pewnością: megalomanem, osobą porywczą, agresywną, nie liczącą się z innymi, osobą nie mającą pomysłu na siebie,
łapiącą się innych, by przetrwać, żerującą na rodzinie, nieodpowiedzialną i manipulującą sobą i innymi, konfabuluje niczym dziecko, nie posiada wykształconych umiejętności społecznych, jego osobowość jest słaba, psychopatyczna.
A teraz zadaj sobie pytanie: w wyniku jakich zachowań jego rodziców i opiekunów, zadziało się tak, że został ukształtowany na takiego człowieka. Czego zabrakło jemu w procesie dorastania, by być bardziej "normalnym"?
Czy przypadkiem on, tak własnie wychowany, jak był wychowany, nie powtarzał tych sposobów traktowania dzieci, wtedy, gdy
Ty byłeś zależny od niego?
Jakie to "metody wychowawcze" przeszły pokoleniowo na Ciebie i jaki teraz Ty masz problem, by poczuć się pełnowartościowym członkiem społeczeństwa, mającym prawa i oczekującym uznania i szacunku?
Niewątpliwie, Twoja mama wniosła do rodziny element mocno uzdrawiający społecznie, ale nie była w stanie uzdrowić Twojego ojca.
Jej wkład jest taki, że Ty tylko w części posiadłeś cechy ojca.
Jakie to cechy, do których jesteś gotów się przyznać, z którymi, z wyżej wymienionych się identyfikujesz i jak sobie z nimi radzisz?

Pozdrawiam
A.

Droga Pani A.

myślę, że wychowanie miało ogromny wpływ na mojego ojca. Dziadek jeszcze żyje i muszę stwierdzić, że jest psychopatą i alkoholikiem. Zawsze terroryzował rodzinę, manipulował nią, wzbudzał wyrzuty sumienia i nigdy nie dotrzymywał słowa.
Gdy ktoś mu powiedział cos co mu się nie podobało mówił, że to nieprawda. W takich warunkach wychowywał się mój ojciec. Myślę sobie, że niektórzy przeżyli dzieciństwo w obozach jak np. Oświęcim i funkcjonowali normalnie a mój ojciec to totalna patologia.
Jak myślę jakie cechy przejąłem od niego: to jest to skłonność do depresji, lęki- żyję w ciągłym zagrożeniu, jestem ofiara skrzywdzoną przez innych, na pewno obwiniam innych za to, jak się czuje i w tedy jest mi bardzo ciężko.
Jak jestem zły, to potrafię innych wprowadzić w stres. Czasami zupełnie nie zwracam uwagi na to co inni czują. Patrzę tylko ze swojej perspektywy, zdarza mi się wyzywać innych. Kiedyś obwiniałem moich rodziców za nieszczęścia, jakich doświadczyłem - miałem tylko stres w tym domu.
Inni mieli normalne dzieciństwo a ja nie. Miałem ciągły, nieustanny stres... Nie umiem mu wybaczyć, mam ogromny żal do niego - to też jego cecha on nie umie wybaczać.
Potrafię popsuć atmosferę, jak się zdenerwuje i nie umiem trzymać emocji na wodzy- wybucham, awanturuję się. Moi bliscy mówią,
że jestem w stanie wytworzyć psychozę i popsuć dobra atmosferę. Jestem ciągle zły i niezadowolony - jak mój ojciec.
Nie umiem ukryć emocji, jestem małostkowy, po alkoholu mogę być agresywny - jednym słowem tragedia.
Właściwie sobie myślę, że nic z tej mojej pracy nad sobą nie będzie.

Mój Drogi,

istota Radykalnego Wybaczania polega na tym, że obwiniając innych ludzi, a najbardziej tych bliskich, od których nie mamy jak odejść, tak naprawdę czujemy się ich ofiarami. To trudne uczucie i ciężko z nim żyć. Ciężko jest żyć w poczucie bycia ofiarą własnego ojca, mając przymus pozostania z nim, bo to rodzic, w konieczności znoszenia zachowań, za które można się tylko wstydzić. Potrzeba przebywania z bliskimi i niemożność wykluczenia takiej trudnej osoby z grona rodzinnego, to wszystko sprawia, że ma się poczucie bycia uwikłanym, spętanym, ubezwłasnowolnionym. Można tylko patrzyć i przeżywać.
Kiedyś wychowywano dzieci w powijakach. Były ciasno zawijane, tak, że mogły tylko przyglądać się, bez możliwości jakiejkolwiek reakcji. Często robiono to nawet przez pierwsze 9 miesięcy życia dziecka. Interpretowano to względami bezpieczeństwa. Takie spowite dziecko było bezpieczne. Ale leżało i patrzyło w poczuciu własnej bezradności i uwikłania. Metoda ta powszechnie była stosowana w Rosji, ale sądzę, że i u nas. Sama pamiętam, że w domu był becik, z trokami.
To, co napisałeś jest bliskie poczucia dziecka w powijakach. Patrzysz na to, co robi Twój ojciec, czujesz się bezradny, uwikłany, zażenowany. Ujawniają się Twoje emocje, udaje Ci się nabrać do ojca trochę dystansu i dzięki temu stwierdzasz, że sam posiadasz negatywne, trudne cechy jego charakteru i odczuwasz bezradność wobec samego siebie.
To poczucie bezradności wobec odziedziczonego bagażu jest kluczem Radykalnego Wybaczania. Tak długo, jak widzisz tylko ojca i przeżywasz w poczuciu, że nic nie możesz zrobić, nie widzisz siebie.
A zobaczyć siebie, to początek drogi do zajęcia się sobą i zaprzestanie zajmowania się nim.
Poczucie uwikłania nie pozwala zostawić ojca samemu sobie ze świadomością, że jest dorosły i naszej pomocy w przekształcaniu go nie potrzebuje.
To ty potrzebujesz przekształcenia siebie. Już wiesz, jakie cechy posiadasz i możesz sobie wyobrazić, ze jeśli nad nimi nie popracujesz, to być może za 40 lat i Tobie przydarzy się psychopatyczny incydent. Tak długo, jak mamy poczucie, że nie jesteśmy w stanie wpłynąć na samych siebie, staramy się wpływać na innych.
To dobrze, że doszedłeś do takiego miejsca, w którym szczerze popatrzyłeś na siebie oczyma innych.
Pomógł Ci w tym właśnie ojciec, doprowadzając Ciebie do rozpaczy swoim zachowaniem. Pod względem duchowym zrobił to dla Ciebie.
Jeśli już wiesz, które cechy sprawiają, że jest „tragedia”, to określ, jakie cechy im towarzyszą, że pomimo tej „tragedii” całkiem dobrze sobie radzisz.
Każdy człowiek posiada różnorodne cechy i każda z nich służy jemu. Każda z wymienionych przez Ciebie „negatywnych” cech ma Ciebie chronić, ma o Ciebie zadbać, ma dać Ci poczucie bezpieczeństwa i sprawczości, to prawda, że w sposób prymitywny i „niekulturalny”.
To nie jest problem czegoś nie umieć, problemem jest twierdzić, ze nie jest się w stanie tego nauczyć.
A nauka w tym przypadku polega na byciu ze sobą wtedy, gdy „psujesz atmosferę” i zapytanie się siebie: co się ze mną dzieje, że mam chęć popsuć atmosferę?”. Być może dialog wewnętrzny uświadomi Ci, że wszystko ma swoją przyczynę i np. chęć popsucia atmosfery jest reakcją na wcześniejsze poczucie, że ktoś o Ciebie nie dba, a Ty nie potrafisz się upomnieć.
Pod tymi „brzydkimi” cechami siedzi dziecko w powijakach, które nie wie jak kształtować swoje relacje, ale widziało jak inni to robią i tylko tak umie.
Pozdrawiam
A. 

25 lipca 2012

Erik Erikson "O lęku"


W okresie dzieciństwa strach i lęk są sobie oczywiście tak bliskie, że właściwie nie można ich odróżnić, a to z powodu, iż dziecko na skutek braku dojrzałych mechanizmów psychicznych nie jest w stanie rozróżnić między zagrożeniami wewnętrznymi i zewnętrznymi, realnymi i wyimaginowanymi; sztuki tej musi się dopiero uczyć, zaś ucząc się, potrzebuje uspokajających wskazówek ze strony dorosłych. Jeśli dziecka nie przekonuje rozumowanie dorosłego, a zwłaszcza kiedy dostrzega ono skrywane przerażenie oraz niezdecydowanie, wówczas rodzi się w dziecku paniczne poczucie nieokreślonej katastrofy, zawsze gotowe się później uaktywnić.
Dziecko ma zatem prawo okazywać lęk, kiedy się boi, ma prawo „bać się jak dziecko”, dopóki – krok po kroku – przy pomocy dorosłych nie rozwinie w sobie zdolności osądu i nie osiągnie panowania nad sobą.
Z tego powodu liczne dziecięce obawy nazywać będziemy strachem, jakkolwiek te same obawy u dorosłych otrzymają nazwę lęku, ponieważ ostro kontrastują ze zdolnością człowieka dorosłego do właściwej oceny zagrożenia i przygotowania przed nim obrony.
Wyszczególniamy zwłaszcza te rodzaje strachu, obecnego w dzieciństwie, które związane są z doświadczeniami rozwijającego się organizmu. Strach ten jest prekursorem wielu irracjonalnych się lęków, odczuwanych przez dorosłych w sferze ich zasadniczych zainteresowań, takich jak obrona tożsamości jednostkowej oraz ochrona wspólnego terytorium.
Dzieci przeraża bardzo wiele rzeczy, na przykład nagła utrata równowagi, intensywny hałas czy snop światła. Zdarzenia takie są nieczęste i raczej przygodne; dziecko się może do nich łatwo przystosować, chyba że zaczęło już bać się nagłości zmian w swoim otoczeniu.
Trudno wówczas stwierdzić, kiedy boi się ono, że jakieś konkretne zdarzenie może się powtórzyć czy też lęka się nagłości jako takiej, a kiedy reaguje z lękiem na niedorzeczne zachowanie dorosłego czy jego zdenerwowanie, które wyraz się w powtarzającej gwałtowności. „Instynktowny” strach przed takimi rzeczami, jak utrata równowagi czy hałas, łatwo przeradza się w lęk społeczny związany z nagłą utratą troskliwej opieki.
Nieuniknione narzucenie dziecku nadzoru zewnętrznego, który w tym momencie niedokładnie współbrzmi z jego kontrolą wewnętrzną, często wywołuje następujące po sobie lęk i gniew. Pozostawia to w psychice ślad w postaci braku tolerancji na bycie manipulowanym oraz zmuszanym do czegoś, z wyjątkiem takich momentów, w których nadzoru zewnętrznego doświadcza się jako samokontroli. Wiąże się z tym występowanie 
braku  tolerancji  na  wszystko, co zakłóca czynność życiową lub nie dopuszcza do takiego jej zakończenia, które jest dla jednostko nadzwyczaj ważne. Wszystkie te lęki prowadzą do impulsywnej samowoli – lub odwrotnie – do nadmiernej samokontroli wskutek stereotypowego i samotnego powtarzania czynności. Tutaj odnajdujemy źródła przymusu i obsesji oraz towarzyszącej im potrzeby mściwego manipulowania i zniewalania innych

https://zrozumiecemocje.com.pl/

23 lipca 2012

Dzieciństwo i społeczeństwo (Erikson)


W celu pogodzenia metodologii historii i psychologii musimy nauczyć się przede wszystkim, jak wspólnie uporać się z faktem, że szkoły psychologiczne i psychologowie podlegają prawom historii, zaś historycy i źródła historyczne – prawom psychologii. Wiedząc na podstawie praktyki klinicznej, że jednostka oznacza się skłonnością do amnezji dotyczącej najbardziej kształtujących doznań w dzieciństwie, zmuszeni jesteśmy dostrzec wspólną twórcom i interpretatorom historii słabą stronę: otóż ignorują oni zasadnicze znaczenie dzieciństwa dla struktury społeczeństwa. Historycy i filozofowie dostrzegają w świecie „pierwiastek żeński”, ale nie widzą faktu, że człowiek rodzi się z kobiety i jest wychowywany przez kobietę. Debatuje się nad formalnymi zasadami wychowania, lecz pomija milczeniem moment kiełkowania świadomości jednostki. Stale podkreśla się miraże postępu, które obiecują, że ludzka (męska) logika doprowadzi nas do rządów rozumu, porządku i pokoju gdy tymczasem każdy kolejny krok ku realizacji tych miraży przynosi nowe niepokoje, które wiodą do woje, a nawet czegoś gorszego. Człowiek ze swoją moralnością i racjonalizmem nadal utożsamia się z abstrakcyjnymi rozważaniami na swój temat, ale nie chce dostrzec tego, przez co stal się tym, kim naprawdę jest oraz – że jako istota emocjonalna i społeczna – skutkiem swych infantylnych skłonności i impulsów niweczy twory własnych myśli i dzieła własnych rąk. Wszystko to ma podstawy psychologiczne – mianowicie nieświadome postanowienie jednostki, aby nigdy więcej nie stanąć wobec lęków dzieciństwa oraz zabobonną obawę, by w swych myślach i schematach myślowych nie znaleźć źródeł wywodzących się z dzieciństwa, co mogłoby zniszczyć jej prostolinijność. Dlatego człowiek woli unikać pewnego rodzaju oświecenia; stąd też właśnie najlepsze umysły często najsłabiej znają same siebie.
Być może jednak to nie tylko przesąd sprawia, iż człowiek ucieka od swych stłumionych lęków jak od głowy Meduzy. Czy nie chodzi aby o to, że w tej fazie gry człowiek musi i może przyjąć do swej tolerancyjnej świadomości utajone lęki i – mające źródła w dzieciństwie – uprzedzenia i obawy?
Każdy człowiek dorosły, niezależnie od tego, czy jest rządzonym, czy rządzącym, należy do szerokich mas, czy do elit, był kiedyś dzieckiem. Był kiedyś mały. Poczucie bycia małym tworzy w jego umyśle pewne podłoże, warstwę nie do wykorzenienia. Jego tryumfy będą traktowane jako przeciwieństwo owej małości, zaś klęski będą ja uwydatniać. Kwestie takie, jak ta, kto jest większy, kto może zrobić to czy tamto oraz komu – maja dla życia wewnętrznego człowieka dorosłego dużo większe znaczenie niż wszelkie potrzeby i powaby, które on sam zna i co do których robi jakieś plany.
Każde społeczeństwo składa się z ludzi przechodzących proces rozwojowy od dzieciństwa do rodzicielstwa. Aby zapewnić ciągłość tradycji, społeczeństwo musi od samego początku przygotowywać dzieci do rodzicielstwa, musi także zatroszczyć się o nieuniknione pozostałości infantylizmu u wszystkich dorosłych. Jest to ogromne zadanie, szczególnie, iż społeczeństwo potrzebuje wielu poddanych, a niewielu przywódców, i jeszcze pewną liczbę takich, którzy są jednym i drugim na zmianę albo w różnych strefach życia.
Proces uczenia się, który rozwija u dziecka wysoce wyspecjalizowana koordynację mózgowo-wzrokowo-ruchową, a także wszelkie istotne mechanizmy myślenia i planowania, jeste uwarunkowany długim okresem zależności. Jedynie w ten sposób człowiek rozwija w sobie sumienie, ową zdolność polegania na samym sobie, która z kolei czyni go godnym zaufania; zaś tylko całkowicie polegając na kilku fundamentalnych wartościach (prawda, sprawiedliwość, etc.) może on stać się niezależnym, a co za tym idzie – przekazywać i rozwijać tradycję…
Tak więc fakt, że sumienie ma swe źródła w dzieciństwie człowieka, zagraża jego dojrzałości oraz jego dziełom; lęki dzieciństwa towarzysza mu przez całe życie. Właśnie te lęki my, psychoanalitycy staramy się korygować u poszczególnych osób, staramy się je zrozumieć i wyjaśnić, ponieważ nie ma na nie żadnego uniwersalnego lekarstwa -  z wyjątkiem może ulgi dzięki stopniowo uzyskiwanej introspekcji.
Nie ma takiego lekarstwa, gdyż każde pokolenie musi samo wyrosnąć z dzieciństwa i – przezwyciężając własne uwarunkowania – przekazać kolejnemu pokoleniu nowy rodzaj dzieciństwa: potencjalnie obiecujący i potencjalnie niebezpieczny.
Mark Twain, chyba pod wpływem nachodzących go nastrojów przygnębienia, nazwał człowieka „zwierzęciem nieprzyzwoitym”, jedynym stworzeniem, które wie, że jest nagie, albo – jakbyśmy to ujęli – stworzeniem o skrępowanym seksualizmie... Ale pozostaje faktem, iż człowiek we wczesnym dzieciństwie uczy się uważać ten, czy ów aspekt funkcji ciała za zły, wstydliwy lub niebezpieczny. Nie ma kultury, która nie użyłaby jakiejś kombinacji tych elementów do rozwinięcia własnego stylu wiary, dumy, pewności i inicjatywy.
Tak więc osiągnięcia człowieka nacechowane są podejrzeniem, iż ich korzenie tkwią w dzieciństwie. A ponieważ najwcześniej poczucia rzeczywistości nabywa się poprzez bolesne próbowanie tego, co dobre i złe, człowiek ciągle spodziewa się po jakimś wrogu, po jakiejś potędze czy zdarzeniu należącym do świata zewnętrznego tego, co tak naprawdę zagraża od wewnątrz; ze strony jego własnych popędów, jego poczucia małości, jego własnego pękniętego świata wewnętrznego. Jest więc stale w sposób irracjonalny gotów obawiać się ataku ze strony wielkich i nieokreślonych mocy; duszącego otoczenia przez wszystko, co nie jest jasno określone jako przyjazne oraz niszczącej utraty twarzy wobec wszechobecnej, prześmiewczej publiczności. To właśnie, a nie zwierzęcy lęk, charakteryzuje ludzkie obawy, i to zarówno w świecie polityki, jak i życia prywatnego…
Erikson „Dzieciństwo i społeczeństwo” (fragment)

18 lipca 2012

Mieć chłopaka! - mój list do zawiedzionej w związkach


Droga Haniu,
czytałam Twój Arkusz Radykalnego Wybaczania i miałam szczerą chęć przekleić Ci rozmowę, jaką właśnie miałam z moją młodszą koleżanką na skype. Oto jej historia. Poznała Krzysztofa i spotyka się z nim już 2 miesiące. 
To duży sukces, to, że tak długo. 
On się jej podoba, ale denerwuje ją, że jest dziecinny, nie umie gotować, ciągle mówi, że ją kocha i chce z nią być na zawsze, ale jednocześnie zdarza się, że jest nieobecny duchem, nie komunikuje się, nie słucha, nie widzi jej potrzeb i najchętniej nie wychodziłby z łóżka. 
Porozmawiałyśmy trochę na ten temat i rozmowy ujawniły, że ona nie umie powiedzieć mu o tym, co czuje, co przeżywa, że trudno się jej pogodzić z tym jaki on jest. 
Z tym, że ma cechy, które ją zachwycają (jest poetą, kreatorem, aktorem) oraz takie, których ona "nie może" zaakceptować. 
Te nie podobające się jej cechy sprawiają, że jest często na niego zła, czuje narastającą złość, z którą ma duży kłopot. 
Najchętniej coś by z nią zrobiła, żeby ta złość odeszła. I robi - zagaduje ją, rozśmiesza, dokucza mu, odsuwa się, żeby w samotności lub ze mną jakoś ją trochę rozpuścić.
Ma podobnie jak Ty. Byłaby skłonna zgodzić się na różne niewygodne dla siebie sytuacje (np seks, gdy nie ma ochoty), ale praktyka pokazuje, że to "godzenie się" zwiększa pulę złości i zmusza do jeszcze większych wysiłków, by z nią sobie radzić. 
Tak więc jeszcze więcej śmiechów, słodycze, alkohol, więcej dokuczania, odsuwania się. Aż dochodzi do granicy, że wie iż dalej tak nie można.
Przy dłuższej rozmowie okazuje się, że ona za nic na świecie nie powie mu, co przeżywa, co czuje, ale też sama nie chce o tym wiedzieć.
No bo, jeśli by powiedziała sobie, co czuje, jeśli przyznałaby się do tej złości i metody radzenia sobie z nią, to by się okazało, że zawsze tak robiła i inaczej nie umie. 
Była kiedyś przez ojca traktowana "przedmiotowo" i uznała, że bardziej doświadczona od niej osoba ma powody, aby ją tak traktować, uznała, że taka, jaka jest, na inne traktowanie nie zasługuje. 
Dokuczała sobie i innym, słodziła życie i marzyła o kimś, kto doceni ja taką, jaka jest.
Ona sama nie podejmowała się tego. Było ich wielu przed Krzysztofem, ale żaden z nich nie doceniał jej, jak ten. A więc dostała to, czego pragnęła, tylko teraz, aby z nim być, powinna i jemu dać to samo. 
Docenić go i chcieć takim, jaki jest.
Tego nie jest w stanie osiągnąć. Jak tylko on staje się niedostępny duchem, albo nie dba o nią, ona czuje się traktowana "przedmiotowo", odrzucona, zlekceważona, nie warta jego uwagi. Ogarnia ją złość, fala agresji i musi się hamować, żeby go nie uderzyć.
Musi się odsunąć, aby ostudzić swoje emocje. Myśli, że gdyby on się zachowywał inaczej, ona nie miałaby takich problemów.
Czuje jednak jakoś, że to jej uczucia, jej przekonania i jej opór wobec rozmowy z samą sobą leżą u podłoża tej sytuacji.
Powiedziała sobie kiedyś: "przeszłość, to przeszłość, nie ma co do niej wracać", ale okazuje się, że niestety dawniejsze doświadczenia i metody radzenia sobie kiedyś, a przede wszystkim wzięcie odpowiedzialności za "przedmiotowe" traktowanie przez najważniejszą osobę w życiu, wracają jak bumerang. 
Nie ma jak ich zaśmiać, czy zabawić, nie ma metody uciec od nich, chyba że znowu zostanie sama.


Możesz, Haniu narzekać na mężczyzn Twojego życia, ale to ich nie zmieni. Nie zmieni również Twojego poziomu żalu i złości za niegodne traktowanie w latach, gdy najbardziej potrzebowałaś miłości i wsparcia. 


Jedyne, co możesz zrobić i co ma sens, to przyznać się do złości i żalu, które nie mogąc się ujawnić (powody niemożności ujawnienia są znane tylko tobie), wychodzą na co dzień w kontaktach z mężczyznami, którzy są dla Ciebie ważni. 


Arkusz Radykalnego Wybaczania pozwala chociaż trochę zająć się tymi uczuciami i zrozumieć siebie.


Pozdrawiam
A.

O złości i miłości – mój list do przyjaciela


Mój Drogi,

Przeczytałam Twój list i rozumiem, że bardzo przeżywasz. Czujesz się znękany i niezrozumiany, do tego ciągle czegoś od Ciebie oczekują i wymagają. Chciałabym Ci wytłumaczyć, że dzisiejsze, trudne sytuacje mają korzenie w przeszłości i zazwyczaj wynikają z nadużyć, jakie miały miejsce w dzieciństwie.

Jeśli dorosła osoba nęka własne dziecko, to psychologia stosuje określenie "nadużycie". Dorosły nadużywa swojej siły wobec osoby słabszej i od niej zależnej, która nie może się w momencie nadużycia obronić. Właściwie dorosły nie musiałaby tej siły używać, bo przecież sama zależność wystarczy do wywierania wpływu, czy presji. Używa jej, bo nie jest świadomy tego, co robi.
Dziecko jednak nie posiada wiedzy, która pozwoliłaby ocenić tę sytuację i reaguje na swój dziecięcy sposób, czyli starając się sobie logicznie wytłumaczyć, co się dzieje.
W świecie dziecięcym nie istnieje pojęcie "nieświadome zachowania", "manipulacja", "poczucie niemocy i nieadekwatności", stąd nie jest ono w stanie pojąć, z  jakiego stanu psychicznego dorosłego, dane zachowanie wynika. Rozumuje wprost: skoro mądrzejsza ode mnie osoba mówi, że coś robię nie tak, albo, że coś należy do moich obowiązków, albo oczekuje pewnych reakcji, to znaczy że tak na świecie jest. Ma prawo, bo jest starsza i wie więcej ode mnie.
W tym momencie osoba taka staje się nauczycielem, a dziecko uczniem. Uczy się tego, że młodszy i głupszy nie kwestionuje, nie pyta, tylko słucha i dzięki temu jest ład i porządek. Takie podejście dziecka umożliwia w miarę harmonijną współpracę między nim, a opiekunem, ale też utrwala specyficzne reakcje wobec specyficznych zachowań.
Na użytek pozostawania pod władzą rodzicielską jest to niewątpliwie metoda dobra, ale jeśli jest przenoszona na grunt zależności zawodowych, ukazuje wszelkie swoje mankamenty.
Tak więc, przy wcześniejszym jej stosowaniu, dziecko musiało jakoś sobie z tymi mankamentami metody radzić, jakoś musiało sobie te mankamenty zracjonalizować.
W pracach terapeutycznych chodzi głównie o zrozumienie własnych racjonalizacji. Stąd nie jest to łatwa sprawa.
Taka racjonalizacja jest własną mądrością dziecka i to mądrością, która umożliwiła mu długotrwałą współegzystencję w warunkach uwłaczających jego godności.
Początkowa akceptacja i wyjście naprzeciw wobec nadużywających zachowań, w miarę upływu czasu i braku pozytywnych efektów, zazwyczaj budzi złość i poczucie bezradności, a następnie potrzebę odsunięcia się i ukarania dręczyciela, co ma miejsce, gdy dziecko staje się samodzielne i opuszcza dom rodzinny.
Dzieje się jednak zazwyczaj tak, że opuszcza dom, by nadal spotykać "dręczycieli" i najpierw stosować wobec nich wyuczone reakcje, by potem czuć gniew, złość, potrzebę ukarania i odejścia.
Nasze życie toczy się jednocześnie na 2 płaszczyznach: fizycznej i duchowej. Ta duchowa sprawia, że każdy człowiek ma w sobie potrzebę rozwoju i głębszego pojmowania swojego życia, a głownie zrozumienia jego sensu. Ciężko jest medytować nad sensem życia, gdy trzeba się bronić przed "dręczycielami". Tak więc akceptacja tego, co nas spotyka, jest niezbędna na drodze do rozwoju.
Radykalne Wybaczanie jest metodą, która umożliwia zrozumienie, dlaczego właśnie tacy ludzie nas otaczają i dlaczego takie uczucia się budzą na skutek ich działań, ponieważ otwiera na głębsze podłoże dzisiejszych sytuacji.
Pokazuje, że będąc uczniem "dręczyciela" sam się nim staję i nie jestem tego świadomy. Taki wgląd pozwala na zwiększenie dystansu wobec dzisiejszych zdarzeń i uświadomienie sobie, że dlatego mają miejsce, że analogiczne miały miejsce poprzednio wobec osób bardzo ważnych, które obdarzało się miłością, doznało zawodu i zmieniło miłość w złość.
Powrót do źródeł, to powrót do miłości, która była i której nie ma, bo zamiast niej jest teraz złość. 
Jedynie poprzez pracę nad złością możemy powrócić do dawniejszej umiejętności kochania, czego Ci życzę jak najprędzej,
bo jesteś na bardzo dobrej drodze.
Pozdrawiam
A.